michałowi szafrańskiemu
michałowi szafrańskiemu

Co zawdzięczam Michałowi Szafrańskiemu?

Co zawdzięczam Michałowi Szafrańskiemu – dziś wpis z grupy tych bardziej szczerych i osobistych. Jeśli lubicie takie – w których o twórcy bloga i jego życiu możecie dowiedzieć się trochę więcej – to zapraszam. Przy czym od razu ostrzegam.  Całość wychodzi dość długa – dlatego zostaje rozbita na 2 części. 

Swoją drogą – po wydarzeniach na WOSP w Gdańsku – zastanawiałam się czy publikować ten wpis. Ostatecznie doszłam do wniosku, że tak. Skoro wszędzie coraz częściej mówi się przede wszystkim o nienawiści – post z podziękowaniem – tym bardziej powinien ujrzeć światło dzienne. Zbyt mało miejsca w naszym życiu poświęcamy – na docenienie tego, co już mamy i zwykłe – dziękuję.

Co zawdzięczam Michałowi Szafrańskiemu? Czasy przed Michałem

Jeśli to nie jest pierwszy wpis – który czytacie na blogu – to wiecie, że kilka lat temu znajdowaliśmy się na życiowym zakręcie. Byliśmy  rodziną – która wydaje więcej, niż zarabia – a kartę kredytową traktuje jako poduszkę finansową. Uważaliśmy – że życie „na raty” jest fajne – i pozwala nam szybciej cieszyć się nowymi, wymarzonymi przedmiotami. Które często okazywały się być tylko zachciankami , doprowadzającymi do dalszej finansowej ruiny  naszej rodziny.  

W 2008 – 2013 nie byłam jak Michał Szafrański – ułożona pod względem finansowym, dokładnie wiedząca czego chcę i jak to osiągnę. Nie prowadziłam nigdy wcześniej budżetu domowego. Nie zbierałam rachunków i nie miałam pojęcia – ile wydajemy na życie. Za to – gdy tylko pojawiały się dodatkowe środki finansowe – potrafiłam je w kilka dni wydać. Bez zastanawiania się – co będzie jutro.

Czytaj także: 

Jak szybko popaść w długi przed 25 rokiem życia
Jak wyjść z długów – patenty Dave’a Ramsey’a

Decyzje finansowe podejmowaliśmy szybko – i zwykle – w kierunku dalszego życia ponad stan i zaciągania kredytów. Żyliśmy tu i teraz – a dom uważaliśmy za naszą największą inwestycję. I to w niego pchaliśmy naprawdę duże kwoty z zarobionych pieniędzy. Nie mieliśmy kontroli nad naszymi wydatkami. Nie do końca wiedzieliśmy też, jakimi pieniędzmi obracamy w ciągu roku, jaka jest nasza wartość netto, czy ile warta jest godzina naszej pracy. 

karta kredytowa

Taka podstawowa wiedza z zakresu finansów osobistych. Nas jednak nikt nigdy tego nie uczył – więc długi czas uważałam, że akurat taka wiedza nie jest mi potrzebna. I unikałam jej jak ognia.


Co zawdzięczam Michałowi Szafrańskiemu? Przygoda z marketingiem sieciowym

Pobudka była powolna – i bez drastycznych i spektakularnych upadków. Przed nimi uchroniła nas rodzina. W każdej sytuacji kryzysowej mogliśmy liczyć na jej pomoc. W efekcie uzależnialiśmy się od rodziców coraz bardziej, a oni z coraz większymi butami wchodzili nam w życie. Ale – w razie potrzeby – mogliśmy liczyć na ich wsparcie. Także finansowe.

Teraz – nawet nie pamiętam – kiedy nastąpiło przebudzenie. To nie był jeden zwrot akcji – tylko cały proces. Przypominam sobie – że w 2008 roku odkryłam MLM-y. Czyli marketing sieciowy. Na Amway już nie trafiłam, jednak jak gąbka chłonęłam idee dochodu pasywnego, niezależności finansowej. Z zachwytem i entuzjazmem patrzyłam na historie sukcesu. Gdzie ludzie z przysłowiowego pucybuta – stawali się ikonami firmy z gigantycznymi (jak dla mnie wtedy – zarobkami). Wszystko, co trzeba było zrobić – to ciężko pracować …. Budować grupę, kupować na swoje potrzeby – i sukces gwarantowany… I był gwarantowany – tyle że firmie 🙂

Żeby nie było – absolutnie nie neguję mlm-ów. To świetna szkoła życia, w której co chwilę wychodzisz ze swojej strefy komfortu. Dzięki mlmom ruszyłam w drogę, zaczęłam dostrzegać inne rzeczy, pootwierały się przede mną drzwi, których istnienia nawet nie podejrzewałam. Przeszłam kilka ciekawych szkoleń, dokształcałam się, ułożyłam swoje priorytety na nowo. Po raz pierwszy miałam cel w życiu i przestałam być spławikiem unoszącym się na wodzie. Mentalnie – mlmy dużo dobrego zrobiły w moim życiu. Finansowo też podreperowały domowy budżet.

Jednak w tym wszystkim brakowało mi ciągle jednej rzeczy. Wiedzy  o zarządzaniu pieniędzmi. Dopiero teraz to dostrzegam. Z perspektywy kilku lat. Nawet – gdy pojawiały się większe zarobki – i tak wydawałam wszystko na pniu. Bez większego zastanawiania się – że może przyjść gorszy miesiąc, czy mniejsze dochody. 

W mlm-ach twardo działałam do drugiej ciąży. Czyli do końca 2010 roku. Dodam jeszcze – że w tym czasie – poza pracą zawodową, ciągnęłam studia zaoczne – zgodne z moim zatrudnieniem. W czerwcu 2011 roku zdawałam egzaminy licencjackie, a w październiku urodziłam Wiktorię.

Wiki – jak to Wiki – od zygoty miała charakter 😉 W ciąży przeciągnęła mnie przyzwoicie. Przez pierwsze kilka miesięcy nie odchodziłam od toalety. Przy czym nawet to odbywało się na jej własnych zasadach. Ja nie miałam porannych mdłości – tylko wieczorne. Od 18 – 23 obejmowałam blondyna i oddawałam wszystko – co zjadłam w czasie dnia. W każdym razie – to był czas – kiedy musiałam zwolnić. A przez to – miałam więcej czasu na rozmyślania i poukładanie wszystkiego na nowo. To w ciąży wykiełkowała we mnie myśl – by coś zmienić. 

Z matmy zawsze byłam wystarczająco dobra – by ją nawet lubić. Gdy zaczęłam liczyć zysk z typowej sprzedaży produktu, w porównaniu z zyskiem uzyskanym za budowanie grupy w mlmach – było dla mnie jasne – że więcej zarobię sprzedając na własny rachunek. Wtedy wydawało mi się także – że konkurencja będzie mniejsza.

Co zawdzięczam Michałowi Szafrańskiemu? Przygoda ze sklepem internetowym

I tak od myśli do czynów – w grudniu powstał nasz własny sklep internetowy w kosmetykami. Miałam wizję – że będę sprzedawać kosmetyki z Morza Martwego. Dzięki działalności w jednym z mlm – dokładnie Betterware – wiedziałam, że są dobre i w nich upatrywałam swój sukces.

sklep internetowy

Znalazłam odpowiednią hurtownię – i zaczęłam działać. Na początku totalnie bezradnie. Zupełnie nie wiedziałam, jak ruszyć ze sklepem. Doszkalałam się, czytałam mnóstwo pozycji i stron internetowych. Majewski, Danielewski, Krzyworączka, Dudko – to były moje alfa i omega w tym czasie. 

Gdy zaczęły pojawiać się pierwsze zamówienia – okazało się, że moją hurtownię diabli wzięli. Facet się przeliczył i zbankrutował. A ja zostałam w sklepie z pustymi półkami….

Mimo wszystko – opatrzność nade mną czuwała. Udało mi się znaleźć kolejną hurtownię. Która sprzedawała kosmetyki z Morza Czarnego – a także oferowała usługę dropshippingu. Już wtedy wiedziałam – że nie ogarnę wszystkiego sama. Nie dam rady pracować, mieć rodzinę, przygotowywać paczki do wysyłki i jeszcze promować sklep w internecie.

W efekcie czego – ta zmiana – mimo początkowego stresu – wyszła mi na dobre. Przy okazji poszerzyłam ofertę o kolejne kosmetyki. Mój wybór wtedy padł na cellulit – i zmniejszanie go za pomocą kosmetyków do body wrappingu. Szybko stałam się specjalistką w tym temacie i pisałam merytoryczne artykuły czy komentarze, gdzie tylko się dało. A gdy jedna z blogerek – w ramach współpracy nie tylko zrecenzowała produkt, ale także opublikowała zdjęcia PRZED i PO – mój sklep kwitł. Przynosił fajne dochody i znacząco poprawił naszą sytuację materialną.

Co z tego – gdy ja dalej nie miałam wiedzy z zakresu finansów. Zamiast odłożyć nadmiar gotówki, zainwestować w rozwój firmy – ja po prostu przepuszczałam te pieniądze. Podnosiliśmy koszty życia i koszty utrzymania firmy – bo myśleliśmy, że zawsze będę na fali?

W między czasie – inni sprzedający również zainteresowali się tymi samymi kosmetykami – i zaczęli prowadzić wojnę cenową. Ponadto producent – swoje produkty sprzedawał w swoim internetowym sklepie  firmowym oraz w dyskontach. Kosmetyki – im bardziej były popularne – tym stawały się coraz bardziej dostępne.


Co zawdzięczam Michałowi Szafrańskiemu? Pierwsze spotkanie z blogiem

A ja byłam coraz bardziej zmęczona życiem na pełnych obrotach. I brakiem czasu dla siebie i rodziny. Zarobienie tych samych pieniędzy – kosztowało coraz więcej czasu. Podczas gdy, ja nie byłam przygotowana do jakichkolwiek zmian – bo nie miałam żadnej poduszki finansowej. Nie było mnie stać na rzucenie pracy. Funkcjonować w takim kieracie – też było mi coraz trudniej. 

I mniej więcej w tym czasie przypadkowo odkryłam blog Michała Szafrańskiego. Nie pamiętam, kiedy dokładnie miało to miejsce – ale wiem, że trafiłam na jego blog szukając informacji o zarabianiu na nieruchomościach. I tak – pierwszy wpis, jaki u niego przeczytałam – nie był oszczędnościowy – tylko dotyczył flipa, który udało mu się z zyskiem przeprowadzić. 

Do tego artykułu wracałam kilkukrotnie. Wtedy w mojej głowie kiełkowało już marzenie – aby zacząć zarabiać na nieruchomościach. Informacji w necie było jak na lekarstwo – więc w kółko czytałam – to, co tam było. I tak z przypadkowego przechodnia – zaczęłam coraz bardziej wczytywać się w blog Michała. Inne tematy poruszane na blogu – okazały się też być dla mnie interesujące. Tym bardziej – że dotyczyły zakresu – o którym absolutnie nie miałam bladego pojęcia. Finansów osobistych, radzenia sobie z pieniędzmi, wychodzenia z długów, oszczędzania i tak dalej. 

W tym czasie – Michał z blogiem – był dla mnie – jak atrakcja turystyczna. Wybryk natury czy klaun w cyrku. Głównie przez swoje bardzo nietypowe podejście do życia i pieniędzy. Gościu – łysy i w podkoszulce – szczycił się tym, że bierze prysznic w zimnej wodzie. Albo, że lata po kilku sklepach i sprawdza, ile kosztuje jogurt i gdzie jest najtaniej. Żeby zaoszczędzić na prądzie – wrzuca latarkę do lodówki (w ten sposób sprawdza się szczelność gum), albo rozmraża mięso w lodówce. Przykłady można by było mnożyć. Bo oszczędnościowych wpisów na blogu Michała w tamtym czasie – było naprawdę dużo.

klaun


Jednym słowem: Sympatyczny – ale wariat 🙂 

I jeszcze swoje wydatki umieszczał na blogu. Z których jasno wynikało – że mieszkając w Warszawie – wydawał mniej na żywność i rachunki – niż ja na wsi, gdzie sporą część żywności mieliśmy własnej produkcji. I jej nie kupowaliśmy. Zachodziłam w głowę – jak on to robi?

Co zawdzięczam Michałowi Szafrańskiemu? Kubeł zimnej wody

A gdy w czerwcu 2013 r. oznajmił, że rzuca etat i przechodzi na zawodowe blogowanie – coś we mnie pękło. W końcu – on robił to – nad czym sama długimi nocami dość często rozmyślałam. Ale z powodu braku poduszki finansowej i jakichkolwiek wolnych środków na rachunku bankowym – bałam się podjąć tak duże ryzyko. Rzucić etat – i zająć się tylko sklepem. A Michał pisał – że na koncie ma odłożone środki – pozwalające przeżyć jego rodzinie na dotychczasowym poziomie przynajmniej 12 miesięcy bez żadnych dochodów. Też się bał – co mu z tego wyjdzie, ale w przeciwieństwie do mnie, miał zabezpieczenie pozwalające mu zagrać va bank.

I zaczęłam dostrzegać – kto z naszej dwójki jest większym wariatem. Ja – wydająca wszystko, co zarobimy w kilka chwil. Czy Michał – oszczędzający na mało ważnych dla niego, codziennych sprawach, a posiadający poduszkę finansową umożliwiającą podejmowanie mu ogromnego ryzyka i decyzji zmieniających dotychczasowe życie.

Ale przecież to nie wszystko. Michał oszczędzając na pierdołach mógł jeździć z rodziną na długie zagraniczne wakacje – a mi pieniądze przeciekały między palcami. I o takim urlopie bez kredytów i dalszego zadłużania rodziny mogłam tylko pomarzyć. A dzieciaki widziały co najwyżej plażę przy pobliskim jeziorku. Ewentualnie plażę nad Bałtykiem. Ale tylko dlatego – że dzięki rodzinie – nocleg i częściowo wyżywienie mieliśmy bezpłatne.

Dzięki blogowi JOP i blogerowi Michałowi Szafrańskiemu, tak innemu niż znani mi ludzie – doszło w końcu do mnie – że to ja  mam problem. Uzmysłowiłam sobie – że nie ma takiej kwoty – której bym nie była w stanie wydać. I to nie brak czy za mała ilość pieniędzy jest problemem. Ja po prostu nie umiem ich wydawać. Albo inaczej. Wydawać umiem, aż za dobrze.
Roztrwaniając pieniądze na głupoty – brakowało mi gotówki na rzeczy ważne.

CIĄG DALSZY NASTĄPI …..

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *