michal szafranski
michal szafranski

Michał Szafrański i finanse osobiste w szkołach – co myślę o jego pomysłach

Michał Szafrański jest motywatorem dzisiejszego wpisu. Tej postaci nikomu, kto interesuje się finansami osobistymi, nie trzeba przedstawiać. Jeden z blogerów zajmujących się edukacją finansową. Autor bloga jakoszczędzaćpieniądze.pl oraz książki Finansowy Ninja. Osoba której prywatnie sporo zawdzięczam. I pewnie nie jestem sama w tej grupie. Zainicjował zmiany związane z zarządzaniem pieniędzmi i w ten sposób sporo dobrego wniósł do finansów naszej rodziny i pewnie w dalszym ciągu wnosić będzie.

Michał Szafrański w jednym ze swoich ostatnich nagrań podzielił się swoimi pomysłami i planami na ten rok i kilka następnych. Każdą zainteresowaną osobę odsyłam do źródła – czyli

http://jakoszczedzacpieniadze.pl/pomysly-2018-i-przyszlosc-bloga-jop

 

Pomysły fajne i dalekosiężne – jednak nad jednym chciałabym pochylić się bardziej. O czym myśli i nad czym pracuje Michał Szafrański to: tu cytat:

 

  1. Cel pierwszy to wprowadzenie przedmiotu finanse osobiste do szkół podstawowych. Konieczne będzie również odpowiednie przygotowanie kadry nauczycielskiej, jeżeli będzie miało to kiedyś nastąpić. Ja tutaj myślę również o tym, żeby w pewnym sensie pobudzić nauczycieli do przedsiębiorczości.

i kolejny

 

Piąty projekt to edukacja szkolna. Wiąże się to z moim dużym celem. To jest taki projekt na
5-7 lat, czyli wprowadzenie przedmiotu „finanse osobiste” do szkół. Celuję na początek w szkoły prywatne, a dopiero później – po pokazaniu, że ten program działa – przeniesienie go być może poziom wyżej. Czyli żeby wszystkie podstawówki były w stanie uczyć takiego przedmiotu.

Oczywiście to jest dalekosiężny plan. To jest coś bardzo ambitnego. Ja tylko powiem, że nad realizacją tego projektu zacząłem pracować na przełomie 2014/2015 r. W 2015 r. miałem okazję przez chwilę uczestniczyć w warsztatach w Ministerstwie Finansów, ale z boku „strugam” sobie założenia do takiego przedmiotu.

To jest coś, co chciałbym zrobić, więc na pewno sporo inicjatywy w 2018 r. w tym obszarze przejawię, aczkolwiek ten projekt nie będzie przez jakiś czas publiczny. Niczego się nie dowiecie i nie zobaczycie, bo lepiej robić to po cichutku, więc dopóki nie ma się czym chwalić, to nie będę się tym chwalił. W każdym razie w pierwszym etapie podstawówki, a później edukacja na poziomie liceów i studiów, ale uważam, że podstawówki to dobre miejsce, aby tę wiedzę finansową zdobywać. Widzę to po tym, w jaki sposób np. moje dzieci mnie edukują w różnych tematach, mają własne zdanie oraz świetne źródło informacji, którym jest internet. Widzę nawet, że dzieciaki potrafią wnosić pewne dobre praktyki, nawet jeżeli rodzice nie są ogarnięci finansowo. Może okazać się, że dziecko jest takim motywatorem, który drąży im dziurę w brzuchu. Więc głęboko wierzę w taką edukację elementarną i to, że można zmieniać życie ludzi od bardzo wczesnych etapów, tylko trzeba dać im w ręce odpowiednią wiedzę.

I właśnie w temacie obowiązkowego nowego przedmiotu finanse osobiste chciałabym się wypowiedzieć. Temat jest mi bliski raz ze względu na tematykę tego bloga, a po drugie bycia matką dzieciaków – które byłyby beneficjentami ostatecznymi tego pomysłu.

 

Szczerze – to mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony podziwiam. Michał Szafrański takim celem praktycznie porywa się z motyką na słońce. Temat jest trudny, wymaga maksymalnego zaangażowania i to nie tylko jego, ale wielu innych ludzi. Zmiana programu nauczania i dołożenie jeszcze jednego przedmiotu – to jest WOW. Bo przecież oprócz opracowania programu – trzeba stworzyć podręczniki, przewodniki, ramy programowe i cuda na kiju – o których ja – zwykły rodzic – nawet nie mam pojęcia. 

Za to jako rodzic wiem – że oprócz książek potrzebna jest jeszcze kadra. Ktoś, kto ten przedmiot w prostej i przejrzystej formie przekaże dzieciakom.

 

I właśnie w tym momencie zapala mi się czerwona lampka. Jasne chciałabym, aby dzieciaki wiedziały więcej na temat finansów, aby umiały nimi zarządzać świadomie i ze zdawały sobie sprawę z grożących im konsekwencji.

Jednak – jeśli obowiązek edukacji finansowej ma spaść na szkoły i to w postaci obowiązkowego przedmiotu – to szybko okaże się że powstaną jak grzyby po deszczu podyplomówki, które nauczyciele będą masowo kończyć, by mieć kolejną furtkę na kolejne godziny pracy.

I ok. Jednak problem – według mnie jak zawsze tkwi w szczegółach.

A tutaj szczegółem generującym największe problemy będzie kadra. Nauczyciele będą kończyć te szkoły, nie z potrzeby serca, a z potrzeby chleba.

I tak samo będzie wyglądała nauka wtedy. Jeśli dana szkoła trafi na pozytywnie zakręconego nauczyciela, który naprawdę będzie chciał przekazać wiedzę o finansach osobistych i wybierze takiego nauczyciela do prowadzenia zajęć – wyjdzie super. Dzieciaki wiele wyniosą i zajęcia będą ciekawe.

 

Jeśli natomiast trafią na nauczyciela rzemieślnika skończy się na wkuwaniu definicji co to lokata, akcja, kredyt czy obligacja. Jeszcze pół biedy jeśli będą wymagali prowadzenia budżetu domowego rodziny (aczkolwiek to już może być śliski temat przy naszym podejściu do rozmów o pieniądzach które zarabiamy i wydajemy) czy jak obliczyć faktyczny koszt kredytu. I jak porównać różne oferty ze sobą. Jeśli jednak program będzie oparty na definicjach i regułkach – a nie symulacji sytuacji które mogą się zdarzyć dzieciakom w prawdziwym życiu – moim zdaniem – będzie to czas stracony. I żadnych pozytywnych zmian nie wniesie.

Starsza córka aktualnie chodzi na obowiązkowe wychowanie do życia w rodzinie. Nie ma opcji że się z nich wywinie, a nauczyciel, który ją tego uczy – w temacie rozmawiania o rodzinie, seksie i tak dalej jest rzemieślnikiem. Mimo, że temat ciekawy – to dzieciaki wychodzą po nim znudzeni i zniesmaczeni. Szczerze – te kity, które im wciskają dorosły na trzeźwo by nie strawił. Nauczyciel do końca sam nie wie o czym ma mówić i w jaki sposób. A zajęcia bardziej przypominają plastykę – niż przekazanie wiedzy z zakresu rozmnażania  🙂 Czy prawidłowego funkcjonowania w rodzinie.

I naprawdę po zajęciach z WTŻ wiele zagadnień musiałam prostować i tłumaczyć córce na nowo. Jedyne, co dobrego te zajęcia zrobiły – to sprowokowały córkę do prowadzenia rozmów na temat seksualności 🙂 

 

I więcej pozytywów nie widzę.

 

I tego samego obawiam się w temacie obowiązkowego przedmiotu finanse osobiste. Może mimo wszystko plusów byłoby więcej niż minusów – ale to znowu robienie z dzieciaków króliczków doświadczalnych.

 

Michał Szafrański ma szczytne idee i cele. Jednak jako aktywny i zainteresowany rodzic – mam sporo wątpliwości co się stanie, gdy idea spotka się z szarą rzeczywistością.

Michał Szafrański: przedmiot w szkole – kontra Ula: kółka zainteresowań

 

Pewnie – łatwiej krytykować niż samemu coś zrobić czy wymyślić.

Jednak ja osobiście zamiast obowiązkowego przedmiotu w szkole widziałabym kółko zainteresowań.

 

Zamiast godzin pracy podanych na tacy – konieczność napisania projektu przez nauczycieli ze szkoły, by pozyskać dodatkowe środki na dodatkowe zajęcia. I w tym momencie od razu mamy selekcję naturalną wśród nauczycieli. Będzie musiał wykazać się inicjatywą i pomysłowością. Będzie musiało mu się chcieć. Czyli większe szanse na nauczyciela, który faktycznie będzie chciał coś ciekawego dzieciakom przekazać z zakresu finansów osobistych.

 

Zamiast sztywnego programu nauczania z definicjami i regułkami – gry i zabawy, gdzie nauka przemycana jest tak, że dzieciaki nie mają nic przeciwko temu. I tu idealnie według mnie nadaje się do tego gra CASHFLOW. Jestem nią zachwycona i tym jak zmienia podejście do pieniędzy mojej starszej córki. Jak zaczyna rozumieć schematy, które rządzą naszym światem. I co zrobić – by od samego początku być na lepszej pozycji wyjściowej niż jej rówieśnicy. Jeśli zastanawiacie się czy warto ją kupić – tu krótko i bez zastanowienia napiszę – tak. Jest warta tych kilku stów. Moja recenzja już niedługo.

I tak jak mam marzenie, by każda szkoła obok zajęć z WTŻ miała do wypożyczenia dla dzieciaków lalkę bobasa, który idealnie odzwierciedla opiekę nad niemowlakiem i poświęcenie rodzica, jakie się z tym wiąże.

Tak chciałabym, by w każdej szkole były 2 – 3 gry cashflow i weekendowe rozgrywki między dzieciakami. To jest dużo łatwiejsze do zrealizowania niż kolejny przedmiot w szkole. I odbiór też by był znacznie bardziej pozytywny. Jedyne co nas ogranicza to pieniądze. Na grę – jedna sztuka to koszt 300 zł i prawdopodobnie wynagrodzenie dla nauczyciela, który poświęci swój prywatny czas na nadzorowanie rozgrywek. Choć może znajdą się napaleńcy, którzy zrobią to za darmo 🙂

 

Jak już dotarłaś tutaj – to może jeszcze odpowiesz na pytanie – który pomysł jest Ci bliższy: mój, czy to, co chce zrealizować Michał Szafrański?

4 komentarze

  • Chciałabym żeby Michał mial rację, ale obawiam się, ze jednak masz ją Ty. Tak czy inaczej dobrze, ze się i finansowej edukacji mówi coraz więcej. Myślę, ze takie kółka zainteresowań bylyby fajbym rozwiązaniem, które w przyszłości mogłoby rozwinąć sie w przedmiot nauczania

  • Hmm…cele muszą być abitne i niekiedy nierealne na pierwszy rzut oka. Po to sąa właśnie ludzie tacy jak michał, którzy swoje wizje wdrażają w życie! i tego mu życzę

  • Klaudia – też kibicuję Michałowi. Uważam, że fajnie że mu się chce i że stara się coś zmienić. Natomiast mam wątpliwości jeśli chodzi o sposób realizacji tego celu. Kolejny przedmiot? Jestesmy wszyscy kształceni w starym systemie pruskim. Gdzie największy nacisk kładzie się na DEFINICJE i WIEDZĘ ENCYKLOPEDYCZNĄ. I trochę trudno mi uwierzyć, że kolejny przedmiot – bedzie inny. Że nie sprowadzi się do wkuwania definicji – które z zarządzaniem finansami wiele wspólnego nie mają. I nie wierzę, że znajomość definicji poprawi nasze umiejętności finansowe i sposób obchodzenia sie z pieniędzmi. Że dzięki definicji obligacji czy kredytu – nikt więcej nie wpadnie w spiralę długu. Taki niewierny "Tomasz" ze mnie. I naprawdę – będę szczęsliwa – jeśli okaże się że przedmiot wejdzie, a ja sie totalnie myliłam co do zakresu materiału i sposobu przekazywania go 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *